To nie jest kraj dla starych ludzi. Dla młodych zresztą też nie do końca…

0
468

Jeden z krakowskich oddziałów ZUS-u, piękny piątkowy poranek. Z okienka obok dobiegają podniesione głosy:

– Ale ja nie mam maila żadnego…

–  Proszę Pana, możemy Panu pomoc się zalogować na stronę, formularz wypełnić i wysłać, ale maila musi niestety Pan sobie sam założyć, bo inaczej nie utworzy Pan konta…

– Ale ja chciałem tylko z tym postojowym załatwić, żadnego tam maila jakiegoś nie mam, nie potrzebuję, nie mam pojęcia o czym Pani do mnie mówi w ogóle!

– Przykro mi od czerwca weszły teraz właśnie takie przepisy, że wszystko robimy cyfrowo. Zapyta Pan rodzinę. Znajomych może Pan ma, co się znają to jakoś Panu pomogą skrzynkę mailową założyć…

I to wcale nie jest tak, że podsłuchiwałem, stojąc przy okienku obok. Po prostu takie sytuacje same wołają wystarczająco głośno. Wykluczenie cyfrowe – bo wypisz wymaluj z tym mamy tu do czynienia – to problem, który dotyczy coraz większej ilości osób. I niekoniecznie tylko i wyłącznie tych po sześćdziesiątce.

Opisany przypadek z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych to akurat rzeczywiście starszy pan, który nie mógł uzyskać postojowego, bo w związku z pandemią koronawirusa zgłoszenia o takie świadczenie można teraz składać wyłącznie drogą elektroniczną. Zdarza się. Ale zdarza się i tak, że uczeń nie może wziąć udziału w lekcjach online w szkole, bo na przykład nie ma dostępu do sieci. I to nie jest wcale jakieś absurdalne science-fiction, a twarde statystyki. Według danych GUS-u z 2019 roku tylko 86% gospodarstw domowych w Polsce ma dostęp do Internetu. Biorąc pod uwagę, że w naszym kraju gospodarstw domowych jest ok. 14,5 mln oznacza to ponad dwa miliony domów zupełnie odciętych od Internetu. Większość z nich to co prawda mieszkania samotnych osób starszych. Ale przecież nie wszystkie. Centrum Cyfrowe szacuje, że w Polsce około 70 tys. dzieci nie ma dostępu do komputera, czy tabletu. To tak jakby od technologii odłączyć na przykład wszystkich mieszkańców Gniezna. W tak bardzo cyfrowym XXI wieku takie liczby są lekko przerażające.  

Pandemia koronawirusa chyba jak jeszcze nic innego, tak brutalnie obnażyła problem, który przez wielu zdawał się być zupełnie niezauważany. Bo do tej pory, jeśli ktoś w swoim życiu nie odczuwał potrzeby posiadania maila, czy korzystania z Internetu to z reguły rzeczywiście nie musiał. Bez przeglądania memów, scrollowania tablicy na Facebooku, czy nawet zakupów online da się przecież normalnie funkcjonować, a żeby coś załatwić zawsze można do kogoś zadzwonić, wybrać się na pocztę czy do urzędu. No – tylko właśnie okazuje się, że jednak nie można…

Technologia cyfrowa, w końcu ku uciesze tak wielu przestała kojarzyć się już tylko z grami komputerowymi i rozrywką. Internet wszedł do mainstreamu i rozgościł się w mechanizmach życia społecznego. E-bankowość, e-podatki, e-learning. Profile zaufane, ePuap i elektroniczne dokumenty, jak dowód osobisty, czy legitymacja szkolna. To już nie jest wysyłanie do kolegów z klasy głupkowatych wiadomości na Gadu-Gadu, czy wchodzenie na przeglądarkową „Wyspę Gier” na szkolnej informatyce. W ostatnich latach cyfrowy świat nagle zaczął zajmować się poważnymi sprawami. I wszystko w sumie było w porządku. Tak jak ci bardziej „umiejący w technologię” cieszyli się, że mogą wypełnić PITa przez Internet, czy zrobić przelew bez wychodzenia z domu, tak osoby odcięte od cyfrowości po prostu tych możliwości nie zauważały, przyzwyczajone do tradycyjnego załatwiania swoich spraw „analogowo”. Każdy żył sobie jak chce i wszyscy byli zadowoleni. Do czasu.

Bo z wykluczeniem cyfrowym jest trochę tak jak ze złośliwym nowotworem. Możesz go mieć, nie zauważać i normalnie funkcjonować. Nie ma objawów – nie ma czego leczyć, a więc pozornie nie ma problemu. A on tylko czeka, żeby po czasie ujawnić się ze zdwojoną siłą. I to najczęściej wtedy, gdy na pomoc jest już za późno.   

Wykluczenie cyfrowe tak naprawdę nie zaczęło przecież istnieć teraz, tylko dlatego że zajęcia na uczelniach „stały się” online, a ZUS przyjmuje tylko elektroniczne wnioski. Wykluczenie cyfrowe istniało zawsze, jednak dopóki społeczeństwo miało wybór, ignorowanie go było nad wyraz komfortowe i bezkarne. Wszak ludzie wykluczeni cyfrowo to nie osoby głodne, czy bez dachu nad głową. Bezdomni o swój los mogli by się upomnieć. Osoby „bez-cyfrowe” swoich braków nawet nie dostrzegają. Starsi ludzie niezdający sobie sprawy z istnienia maila nigdy nawet o nim nie pomyślą, dopóki … nie usłyszą, że jego posiadanie to nagle absolutna konieczność, bo „takie czasy”. Sielanka skończyła się w momencie gdy nieoczekiwanie, z dnia na dzień, styl życia tysięcy osób z konieczności uznano za niemodny.  

A wykluczenie cyfrowe to przecież nie tylko stereotypowa osoba po sześćdziesiątce, której komórka bardziej kojarzy się z pomieszczeniem na węgiel niż ze smartfonem. To nie tylko tak oczywiste i jaskrawe przypadki jak starsi ludzie, bez Internetu i komputera. Bo czyż wykluczeni cyfrowo nie są również ci, którzy nie są w stanie komfortowo wziąć udziału w nauczaniu zdalnym, bo jakość ich łącza woła o pomstę do nieba, zrywając połączenie na Teamsie średnio co dwie minuty? Myślę, że są. A Ci którzy w domu mają tylko jeden komputer i trójkę rodzeństwa, a każde z nich potrzebuje go do e-laearningu dokładnie tak samo? Według SWPS szerokopasmowego Internetu w domu nie ma aż co piąty uczeń. W 10 proc. domów z dziećmi jest tylko jeden komputer lub tablet.

Ale to wszystko to niestety nie tylko kwestia sprzętu. Bo według danych Państwowego Instytutu Badawczego NASK najczęstszą przyczyną niekorzystania z Internetu wcale nie jest bieda, czy mieszkanie na wsi odciętej od świata. Ludzie nie używają nowych technologii, bo albo zwyczajnie ich nie potrzebują (68%), albo po prostu nie umieją tego robić. Aż 52% osób, niekorzystających z Internetu za główną przyczynę wskazuje właśnie brak stosownych umiejętności. To zresztą nie tylko polski problem. Na całym świecie za „biegłych cyfrowo” uznaje się zaledwie 23 proc. osób. A to oznacza, że nawet mając pieniądze, zasięg i odpowiedni sprzęt, część z nas i tak nie będzie w stanie odpowiednio spożytkować tych dobrodziejstw techniki. Mieć narzędzia to jedno. Potrafić je wykorzystać to drugie. Do techno-społeczeństw rodem z cyberpunka jeszcze bardzo daleka droga.

No, dobrze, dobrze. Jest źle, dotarło. Ale w takim razie, o czym w ogóle jest ten tekst? Czy to namowa do blokowania postępu i tkwienia w archaicznych rozwiązaniach, bo niektórzy nie są w stanie nadążyć za nowoczesnością. Nie. Możliwości, które daje nam technologia są wspaniałe, bez dwóch zdań ogromnie ułatwiają życie i zdecydowanie powinniśmy do nich dążyć. Jednak tak jak podobno „nie ma pokoju za wszelką cenę”, tak nie powinno być również „postępu za wszelką cenę”. Nie tak dawno w jakimś artykule miałem okazję przeczytać butne zapowiedzi przedstawicieli ZUS-u, o nadchodzącej „cyfrowej rewolucji” i o tym, że niektóre świadczenia już wkrótce mają być wypłacane wyłącznie elektronicznie. Tak jest już teraz chociażby z nowym bonem turystycznym, który można aktywować jedynie przez Internet za pośrednictwem specjalnego konta. A przecież jeśli historia rzeczywiście jest „nauczycielką życia” to myślę, że mogła nauczyć nas przynajmniej jednego: gwałtowne przewroty zazwyczaj nie kończą się dobrze. Dlatego być może dumne hasła o cyfrowej rewolucji warto na chwilę jednak schować do kieszeni i zastanowić się nad innymi – nie tak efektownymi, ale na pewno bardziej empatycznymi – „cyfrowa ewolucja”. Bo to trochę tak jak z tymi automatami biletowymi w tramwajach. Te tylko na gotówkę, owszem są przestarzałe. Ale te, w których płacić można wyłącznie kartą wcale nie są od nich lepsze. Ja tam na przykład najbardziej lubię te, w których można płacić i kartą i gotówką. Bo idąc z duchem czasu, warto też uszanować przeszłość.

Ok, to zabrzmiało zbyt patetycznie. Ujmijmy to zatem tak: gwałtowne zmiany są bee. I dobrze mieć po prostu wybór.



Łukasz Trzaska

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here